Saturday, December 18, 2010

Mroczna wioska

Zmierzchało.
 Zdun Cieślak wiedział że musi dotrzeć do domu zanim kompletna ciemność ogarnie wioskę, czyniąc błotnistą, nieprzemierzalną drogę jeszcze trudniejszą do przebrnięcia.
Tego wieczoru jednakowoż, niebo pochyliło się nad nim, zsyłając pierzynę śniegu, który litościwie okrył świat złudną, jasną aurą niewinności. Pogrążony w umiarkowanie pijackim widzie Cieślak ujrzał siebie nagle, leżącego w wiosennym sadzie, wśród powoli opadających płatków wiśni. Przysiadł w rowie, pozwalając grubym, miękkim fraktalom roztapiać się na twarzy. W oddali widział światła domów. Najdalsze światełko migotało niebiesko, neonowo, zapraszająco, co uświadomiło mu, że jest piątek i wioskowa dyskoteka otwiera właśnie swe podwoje dla tłumu żądnego rozrywki.
 Czasem zdarzało się że gubił rachubę dni, wymiernych jedynie w ilości butelek Byka, spożywanych regularnie na tyłach sklepu spożywczego spółdzielnia GS. Antoni i Kowal, jego nieodłączni towarzysze nałogu, już dawno przestali zawracać sobie głowę rzeczami tak prozaicznymi, jak upływający czas. Dzieci zduna, oraz była żona, byli nitką wiążąca go słabo z rzeczywistością dnia codziennego, której całkowite ignorowanie pozwalało mu jeszcze oddychać, defekować i zapadać w sen.
 Uświadomił sobie że w domu czeka zapewne najmłodsza córka Andżelika, z nadzieją że nie przepił jeszcze wszystkich ostatnio zarobionych groszy. Nie pieniędzy, lecz groszy właśnie gdyż stara Maleńczukowa nie mogła ofiarować wiele za naprawę pieca, której się podjął. Na osłodę dorzuciła kurę z zeszłorocznego chowu.
“ Daj Zośce, niech dzieciom nagotuje porządnego rosołu na niedzielę” rzekła wręczając mu jeszcze ciepłe bezwładne zwłoki ptaka, ze zwisającą smętnie, obwiązaną kawałkiem gazety, zakrwawioną szyją, w miejscu przed chwilą dopiero co gdakającego dzioba. Wzdrygnął się nagle, czy to z zimna, czy też poruszony wizją głowy ześlizgującej się bezszelestnie z pieńka pod brzemieniem siekiery.
Powinien był ruszać w dalszą drogę, zdrętwiałe nogi odmówiły jednak posłuszeństwa. Zapragnął znaleźć się nagle w rodzinnym domu, gdzie troskliwa babcia nakryła by go pierzyną i napoiła mlekiem z łyżką psiego smalcu, niezbędnego lekarstwa na wszelkie choroby. Wszyscy we wsi wiedzieli że najlepszy smalec jest u Kłobuckiego, trzymał lodówkę wypełnioną dobrem na tyłach strażackiej remizy, a uczciwy człowiek był, nie brał więcej niż dwadzieścia złotych za słoiczek. Ktoś jednak pozazdrościł komendantowi dochodów i sławy nie tylko lokalnej, bo aż z Czystejhłowy ludzie po smalec przyjeżdżali. Złożono paskudny donos, biedaczysko stanął przed Rakowskim sądem rejonowym, ale sędzia, ludzki się okazał, wrażliwy na potrzeby społeczeństwa. Sąd orzekł, że właściciel psa, zabijając go na smalec, miał "potrzebę gospodarczą" oczyszczając Kłobusa z zarzutu zabijania ze szczególnym okrucieństwem.

Z rozważań wyrwał zduna odgłos kroków, skrzypiących na śniegu. Ujrzał cień zgarbionej postaci, przemykającej pospiesznie przez pole, zmierzając ku zagajnikowi. Postaćka nie widziała Cieślaka ukrytego w rowie, za to on ujrzał nagle coś co sprawiło, że włosy stanęły mu dęba na całym ciele...

1 comment:

sebajaster said...

Zapowiada się bardzo ciekawie! Czekam na dalszą część.